Przeciętny Polak inwestycje kojarzy z nerwami, strachem i stratami. I ma całkowitą rację! Świat inwestycji jest niezwykle złożony, a praca inwestora jest najtrudniejszą jaką znam – wymaga zarówno mnóstwa wiedzy merytorycznej, niezwykłego wręcz zaangażowania oraz… wyjątkowych umiejętności czytania ludzi – inteligencji emocjonalnej na poziomie grupy/tłumu.
Niezrozumienie świata inwestycji w szczególności objawia się pytaniami „a po ile będzie Wig/dolar/złoto na koniec roku” i szukaniem takich odpowiedzi, jakby ludzie, którzy tę „wiedzę” publikują, byli wyroczniami w tym temacie.
Uwierzcie mi, nie są.
Prognozy są zazwyczaj oparte na dwóch schematach, niezależnie od tego czy są oparte na wyrafinowanych modelach ekonometrycznych czy są zwykłym zgadywaniem, w większości są ograniczone efektem zakotwiczenia, dotyczącym nas, ludzi, niemal w każdej sytuacji. Na czym polega zakotwiczenie? Nasze prognozy są zwykłym ekstrapolowaniem dzisiejszych trendów, przedłużeniem dnia dzisiejszego. Tymczasem gdy naprawdę dzieje się coś poważnego, nagle okazuje się, że większości prognostyków zabrakło wyobraźni. Na drugim biegunie są analizy jak najbardziej oderwane od rzeczywistości – specjalizuje się w tym jedna ze skandynawskich instytucji, od razu zaznaczając, że są obarczone małym prawdopodobieństwem – co im szkodzi – jeśli się uda, będą wielką medialną gwiazdą, a jeśli nie? Przecież mówili, że nie.
Czy zatem znamy przyszłe zdarzenia lub potrafimy przewidzieć kierunek zdarzeń? Nie. Czy to przeszkadza w inwestycjach? Absolutnie nie! Powiem więcej, inwestowanie ani jakiekolwiek sensowne działanie z pieniędzmi nie ma nic wspólnego ze szklaną kulą. Kluczem, jak w wielu dziedzinach, jest planowanie, a myślenie scenariuszowe ma dużo większy sens niż obstawianie jednego konia (jak na wyścigach; stąd pewnie skojarzenie u wielu inwestycji z hazardem).
Bardzo pomocne w inwestycjach, w sprawieniu, żeby to pieniądze pracowały dla nas a nie tylko my dla pieniędzy, jest zrozumienie kiedy i dlaczego możemy zarobić. Niby banał, ale jakoś od tego czynnika zależy, czy stracicie wszystko w pół roku czy zostaniecie zawodowym inwestorem. Pół roku zazwyczaj wystarczy, aby się o tym przekonać. Jednym z najistotniejszych konceptów w inwestycjach jest portfel, a w szczególności korelacje i klasy aktywów.
Korelacja to statystyczna miara pokazująca w jakim stopniu zachowanie np. cen akcji A naśladowało zachowanie surowca Y. Generalnie im niższa korelacja, tym lepiej, brak korelacji to święty Graal świata inwestycji. Ujemna korelacja oznacza przeciwstawne ruchy cen. Pamiętajmy, że licząc korelacje liczymy ją na cenach historycznych, nie znając przyszłości. Korelacje zmieniają się w czasie, inne są podczas hossy, inne podczas bessy, a jeszcze inne podczas zacieśniania polityki monetarnej.
Klasa aktywów to grupa instrumentów bądź towarów o podobnej charakterystyce i podobnym zachowaniu (cenowym) na rynku. Przykładem klasy aktywów są surowce rolne, akcje polskie, obligacje argentyńskie czy też waluty. Klasami inwestycji są też inwestycje alternatywne, jak wino, whisky, czy nieruchomości. Klasy aktywów można „kroić” na wybranym poziomie agregacji czyli np. akcje wigu 20, akcje polskie, akcje europejskie, akcje rynków rozwijających się.
Nie bez znaczenia dla naszych inwestycji jest także stopień profesjonalizacji i pokrycia rynku. Najtrudniejszymi z rynków są rynek walutowy i rynek dłużny. Rynek walutowy przy tym jest bardzo łatwo dostępny, wydaje się iż nie wymaga szczególnej wiedzy, tymczasem jest to rynek w sferze zainteresowań właściwie całej ludzkości – niemal każdego dotyczy kurs walutowy, zarówno uczestników rynku finansowego, rządy, przedsiębiorców jak i zwykłego zjadacza chleba. I aby zarabiać na tym rynku, wystarczy zwyczajnie być lepszym od większości jego uczestników – lepiej wykształconym, z lepszym planem, lepiej przygotowanym – od zaledwie tych paru miliardów uczestników.
Rynek dłużny jest równie trudny, mimo, że dotyczy już „tylko” największych instytucji finansowych i rządów. Uwierzcie mi, że największe banki potrafią zatrudnić kogo trzeba i mają niesamowitą ekspertyzę we wszystkim, co dotyczy obligacji – gospodarce, polityce, makroekonomii; tutaj szanse już są dużo większe, ale wyłącznie dla analityków z „łbami jak stodoła” zaangażowanych 7/24 i z dostępem do informacji. Wiem, co mówię, zajmuję się również długiem, na palcach mogę policzyć ludzi, którzy potrafią zarobić na ruchach krzywej. Jeśli nie wierzycie, sprawdźcie zachowanie funduszy dłużnych vs ogólnodostępny indeks Treasury BondSpot – niemal żaden z funduszy obligacji skarbowych nie może dosięgnąć czy przebić tego indeksu.
W co więc inwestować? – spytacie, jak wielu moich kolegów. Moja rada: nie inwestujcie. Dlaczego? Spytacie. Przecież to rośnie. A Janek zarobił na szitkojnie. Ile chcecie stracić ? – grzecznie spytam. Nic, oczywiście, chcemy tylko zarobić. Jeśli nie macie pieniędzy, które chcecie wrzucić do kominka, nie macie paru lat na naukę i nie możecie na to poświęcić 12h dziennie, nie inwestujcie. Ale, ale – te wszystkie poradniki, jak spędzać 15 minut dziennie i na tym zarobić? Chyba znacie odpowiedź. Jeśli ktoś umie zarabiać na rynku, nie próbuje sprzedać tych głupot. W co więc inwestować: w zawodowca. W człowieka, który zna się na tym, robi to od lat zawodowo i nie będzie zaskoczony, gdy coś się wydarzy gdy będzie zajęty swoją pracą lub na zakupach, a o sprawie dowie się 3 dni później.
Gdzie więc inwestować? Tam, gdzie mniejsza konkurencja. Tam, gdzie nie wszystkim chce się sięgnąć, tam gdzie zdobędziecie informacje i tam gdzie jest ogromny potencjał wzrostu. O tym właśnie będą kolejne wpisy.
(TK)
